Nie zacznę jak w bajce: „dawno, dawno temu…Y, bo nie było to lak dawno, ledwie kilka lat temu. Nie napiszę, że działo się to „za górami, za lasami…”, bo działo się to w całkiem konkretnym miejscu…

Było to na sali treningowej w jednej z warszawskich wyższych uczelni. Celowo nie piszę „klub kulturystyczny”, gdyż jednoizbowy klub z odrobiną sprzętu trudno tak nazwać, choć z drugiej strony – skoro w piwnicach są kluby kulturystyczne? Nieważne, jak zwal, tak zwał. W takim to mikroklubie trenowaliśmy w czasach studenckich. Po pierwsze: było tanio, po drugie: blisko akademika, a jak wiadomo studentom najbardziej brakuje pieniędzy i czasu (na naukę oczywiście).

W trakcie jednego z treningów do tej kuźni muskulatury zawitała radosna ekipa. Cztery osoby, z których postacią centralną był Andrzej, dosyć wysoki chłopak, niespecjalnie grubej kości. Wraz z nim pojawili się: kolega X, wpatrzony w Andrzeja jak moherowy beret w Ojca Rydzyka i dwie blond niewiasty, w ubiorach, które więcej odkrywały, niż zasłaniały. Warto dodać, że była to pora wieczorna, a cała czwórka spożyła już sporą ilość „chleba naszego powszedniego”, co można było poznać po wyśmienitych humorach i niezbyt pewnym kroku. Zresztą wracali pewnie z „piekarni” (tj. pobliskiej stacji benzynowej), bo w reklamówce było jeszcze kilka butelek „pieczywa”.

Powód wizyty był prozaiczny. Otóż Andrzej, uskrzydlony promilami, postanowił wykazać się przed kolegą X i panienkami swoją tężyzną fizyczną. Od samych drzwi skierował chwiejne kroki ku ławce ze sztangą do wyciskania leżąc. Rzucił tylko zdawkowe „ile tu jest?” i położył się pod gryfem. Pech chciał, że nie było mało. „110 kg” – padła odpowiedź. Andrzej tylko uśmiechnął się pod nosem, oczy X’a mówiły „patrzcie, to mój kumpel”, a kobietki z zapartym tchem obserwowały wyczyn. Wśród zgromadzonych na sali kilku osób zapanowała konsternacja, ja osobiście przewidywałem złamanie ręki lub przynajmniej stłuczenie żeber. Mimo wszystko troska o bliźniego przeważyła i z kolegą postanowiliśmy za-asekurować Andrzeja. On, oczywiście, protestował (że nie myślał nawet o rozgrzewce, nie muszę chyba dodawać), ale w końcu się zgodził. 0 dziwo, poprosił nas nawet o podanie sztangi. I zaczęło się.

Wspomnienie z treningu na siłowni cz.2

Facebook Comments
Załaduj więcej podobnych artykułów
Załaduj więcej Redaktor
Załaduj więcej Sport

Dodaj komentarz

Sprawdź też

Panele – dlaczego warto je mieć w swoim domu?

Panele podłogowe to już dzisiaj standard, który obowiązuje w praktycznie każdym domu. Mają…